sobota, 21 listopada 2015

Tozo - klubokawiarnia na warszawskiej Woli

Ostatnio pisałam Wam o Qlka cafe na Żoliborzu, z której mieliśmy całkiem pozytywne wrażenia. W listopadzie odwiedziłam też po raz pierwszy klubokawiarnię Tozo na Woli. Nie było jej na mojej wrześniowej mini liście rodzinnych miejsc, bo jeszcze wtedy o niej nie wiedziałam.

Docieramy samochodem w okolice Parku Moczydło i parkujemy sobie na tyłach kawiarni, a dokładnie na ulicy Marcina Bielskiego. Stąd do kawiarni usytuowanej przy ulicy Górczewskiej 80 jest już tylko minuta drogi, a to ważne bo jeszcze nie opanowałam tak do końca bezpiecznego chodzenia po ruchliwych ulicach za ręce z dwiema bardzo aktywnymi młodymi damami, jedna - lat trzy i pół oraz druga - dwadzieścia jeden miesięcy.


Zjawiam się w końcu w Tozo z dwójką moich dzieci i ogarnia mnie lekkie przerażenie.  O godzinie 11:40 w dzień powszedni nie ma tutaj żadnej mamy z dzieckiem. Nie widzę też miejsca do zabawy dla maluchów. Na sali siedzi kilka osób z laptopami, kończą chyba śniadanie i wpatrują się w nas trochę przerażeni kiedy tak sobie elegancko, rodzinnie wchodzimy. Czuję się trochę nieswojo.

Czy ja aby na pewno dobrze trafiłam? Gdzie jest miejsce do zabawy dla dzieci? Czy to jest faktycznie rodzinna klubokawiarnia? Czy może coś mi się pomyliło?

I wtedy dwie panie za kontuarem wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Jedna z nich uśmiecha się do nas, wychodzi zza baru i odsłania kotarę umieszczoną na końcu sali, a moim oczom ukazuje się jednak ukryty dotychczas kącik do zabawy dla dzieci. Bardzo skromny, w porównaniu z salami zabaw, na których byliśmy ostatnio, ale... coś jednak tutaj jest.

Zaglądam do środka. Dywan szary, trochę wypłowiały. Ale to nie koniec - Sala jest jakaś... pusta! Tam nie ma zabawek! Po raz drugi czuję się dziwnie. Czyli co w takim razie moje dzieci mają robić w tym kąciku? Tu jest szaro-buro i ponuro. Chyba zaraz stąd uciekniemy, chociaż właśnie poświęciłam sporo czasu na zdejmowanie wszystkich naszych kurtek, czapek, chustek i ciepłych bluz.

Na szczęście wtedy do akcji wkracza druga pani i przynosi z zaplecza kilka kolorowych zabawek. Małą zjeżdżalnię. Bujaczek. Stolik do rysowania i dwa krzesełka oraz kilka innych rzeczy, chyba domków dla lalek. Robi się odrobinę znośniej. Po zaglądnięciu przez bramkę ochronną okazuje się, że tuż przy wejściu na salkę jest nawet kilka półek z zabawkami. To są jednak głównie pluszaki i gryzaki dla malutkich dzieci. Wyglądają na stare i zużyte. Jest też parę samochodzików bez kółek i kilka książeczek z poobrywanymi stronami. Trochę smutno.

Zabawa w tej salce jest bezpłatna. Rozumiem to. Jednak ciągle jest mi jakoś tak smutno. A może to tylko ta listopadowa aura za oknem?

Moja starsza córka wyjęła taką zabawkę dla maluchów (Ikea style), która polega na tym, że wbija się drewniane patyczki młotkiem.
- Mamo, ale gdzie jest młotek? - pyta mnie.
- Nie wiem, nie mogę znaleźć młotka...
- No to jak ja mam się w to bawić?


Cóż, moje dziewczyny mimo wszystko chcą się dalej tutaj bawić, a ja oddycham z ulgą. Może jednak chwilę zostaniemy i chociaż zjedzą zupę? 

No to popatrzmy w menu. Dzisiaj kalafiorowa. Zamawiam. W zestawie z pierogami (12zł) zupa byłaby tylko za 2,50zł, ale zdecydowałam się na samą zupę, więc płacę chyba 5zł. Do tego zamawiam dziecięcą porcję leniwych pierogów (9,90zł) i dzbanuszek zielonej herbaty (8zł) dla mnie.

Właśnie zwolniła się niska sofa tuż przy tej salce dla dzieci, więc siadam. Zupa przychodzi bardzo szybko. Wyciągam dzieci do części jadalnej. Ponieważ mamy bardzo niski stolik, przynoszę z salki zabaw dwa małe krzesełka. Na sali stoją co prawda dwa wysokie krzesełka do karmienia, ale do naszej niskiej ławy jakoś się nie przydadzą. Dziewczyny ubierają fartuszki z rękawami (Ikea style) i dostają jedną zupę na pół. Rozdzielam zupę do małych plastikowych miseczek (Ikea style, a jakże), które przyniosłam ze sobą. Próbuję czy zupa nie jest gorąca. Smak taki nijaki.

Ledwo zjedliśmy zupę, już przyszły leniwe pierogi. Ponownie rozdzielam danie na dwa plastikowe talerzyki (Ikea style) przyniesione przeze mnie w plecaczku. Córki mówią, że im smakuje, ale nie dojadają swojej jednej dziecięcej porcji podzielonej na pół. Cukier puder za to wylizały.

Wracają się bawić. W międzyczasie kawiarnię opuścili bezdzietni ludzie z laptopami (doczytałam, że do godziny dwunastej rano serwowane są tutaj śniadania i do takiego zestawu można się napić kawy/herbaty za 2 złote), za to przyszły dwie mamy z dziećmi. Jedno dziecko jest malutkie, śpi w wózeczku. Drugie dziecko to chłopiec, na oko lat około cztery, może pięć. Jego mama jest w ciąży.

Dobra, robię kilka zdjęć dla Was, na tego bloga, sączę sobie moją zieloną herbatę, przechadzam się po kawiarni, oglądam sobie ładne, nowe książeczki, wystawione przy wejściu na wystawie w tzw. "sklepiku". Widzę, że kawiarnia współpracuje z Lokalnym Rolnikiem. Widzę, że to miejsce uzyskało certyfikat Okiemmamy.pl. No w sumie może nie jest tu jednak tak źle... Może przesadzam z tym przygnębiającym nastrojem? Tylko, że bywałam ostatnio w bardziej powalających miejscach dla rodzin z dziećmi.

Niewątpliwym plusem tego miejsca jest lokalizacja blisko Parku Moczydło i Parku Szymańskiego. Dzięki temu wizytę w kawiarni możemy od razu rozszerzyć o spacer i chociaż krótką zabawę na placu zabaw. Jest co prawda listopad, ale da się.

Próbuję zagadać panią z obsługi o zajęcia dla dzieci, jakie są tu prowadzone.
- Słyszałam, że macie tutaj zajęcia Musical Babies? - pytam.
- Niestety, nie ma już miejsc. - odpowiada zdawkowo.

Aha. Jakoś nie chce mi się już dalej pytać. A w ogóle to chodzimy już na Musical Babies, bo to są bardzo fajne zajęcia. Może kiedyś Wam o nich tu napiszę.

Następnie idę zwiedzać toaletę. Czuję się trochę jak detektyw. Obserwuję każdy szczegół. Jest rozkładany przewijak, jest nakładka na kibelek, jest stołeczek (Ikea style, a jakże), aby mały człowiek mógł umyć sobie rączki. W toalecie (ale czemu właśnie w toalecie?!?) jest też plakat z informacją, że jak mama karmi piersią w Tozo, to może liczyć na wzmacniającą herbatę (trzeba zgłosić się do obsługi z taką sprawą).

Wychodzę z toalety, a moja młodsza córka krzyczy: "Mama, cycy!". No to idę karmić piersią na moją sofę. WHO zaleca karmienie piersią dzieci co najmniej do drugiego roku życia. Długo to trwało, ale jak w końcu zaczęłam wychodzić z domu z pierwszym dzieckiem, to po jakimś czasie zorientowałam się, że karmiąc piersią dziecko, które skończyło już pierwszy rok życia, jestem raczej w mniejszości. Pani zza baru patrzy się na mnie przez chwilę, po czym uśmiecha się przyjaźnie, gdy orientuje się co robię. No w końcu zachęcają tutaj do karmienia piersią, więc karmię. Ale nie zgłaszam się już po wzmacniającą herbatę - mam jeszcze swoją zieloną do dopicia...

Córki bawią się z nowo-poznanym chłopcem w salce zabaw. Zjeżdżają na przemian ze zjeżdżalni. Trochę się przepychają, trochę ze sobą na poważnie rozmawiają.

- A na jakiej mieszkasz ulicy? A spotkamy się tu jutro? - pyta chłopiec moją starszą córkę.

Córka przychodzi do mnie i pyta się czy przyjdziemy tu jutro.

- Nie, mamy inne plany. - odpowiadam wymijająco.

- No to kiedy się tu znowu spotkamy? - dopytuje się chłopiec.

I co? Mam mu teraz odpowiedzieć, że nie planujemy tu na razie wracać? Jakoś nie przeszło mi to przez gardło.

- Nie wiem. Może za tydzień... - mówię.

Ale to nie jest prawda. Prawda jest taka, że wolę odwiedzić za tydzień z dziećmi inne miejsce w Warszawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz