niedziela, 14 czerwca 2015

Z maluchem w szpitalu...

Możesz nie lubić lekarzy, pielęgniarek, szpitali, igieł, antybiotyków, syropków i innych wynalazków systemu opieki medycznej. Możesz, masz do tego pełne prawo. Jednak, gdy zostajesz rodzicem, jakimś cudem te wszystkie nielubiane sprawy zaczynają się niebezpiecznie przybliżać. Do Twojego dziecka, a więc również do Ciebie.

Możesz oczywiście być bardzo zapobiegliwą matką lub tatusiem, chuchać i dmuchać na swoje dziecko, możesz je pilnować na każdym kroku i oczyma wyobraźni walczyć z coraz to nowymi niebezpieczeństwami, które mogą się mu przytrafić w każdej chwili. Możesz też ograniczyć do minimum kontakty swojego potomka z innymi dziećmi albo w ogóle z innymi ludźmi, żeby zmniejszyć ryzyko, że malec się od kogoś zarazi.

Możesz, jeśli Ci się uda, karmić swoje dziecko piersią i liczyć, że ochroni je to przed całym złem tego świata. I choć sama jestem orędowniczką długiego karmienia piersią, moich dzieci to jednak nie uchroniło...

Możesz też mieć dużo szczęścia i trafić na super odporne i silne dziecko, które nigdy nie choruje, a ponieważ ma niesamowitą moc chroniącą go przed wszelkimi losowymi wypadkami tzn. upadkami, rozcięciami, ukąszeniami, zabawkami i zębami innych dzieci, to praktycznie wasze wizyty w przychodni ograniczą się wówczas do terminów obowiązkowych szczepień i bilansów (no chyba, że nie szczepisz swojego dziecka, ale to jest inny temat do rozgryzienia).

Zwykle jednak, wcześniej czy później, każda matka spotka się z problemem mniejszej lub większej choroby dziecka. Czasem dziecko wymaga dodatkowo opieki jakiegoś specjalisty, albo nawet kilku. Wiadomo, z terminami w ramach państwowej opieki zdrowotnej różnie bywa. Warto zainteresować się w takim przypadku prywatnym pakietem medycznym, takich usług jest na rynku mnóstwo. Swoje pakiety oferuje np. EnelmedMedicoverLuxmed, są też programy, które łączą opiekę w wielu placówkach medycznych w całej Polsce np. TuZdrowie czy Medica Polska.

Czasem bywa też tak, że dziecko potrzebuje opieki szpitalnej. Elwira, moja pierwsza córka, tylko w ciągu swojego pierwszego roku życia, zaliczyła cztery różne, warszawskie szpitale (Madalińskiego, Niekłańska, Litewska, Bielański) i kilka różnych antybiotyków. Z Olą zaliczyłam trzy krótkie pobyty na izbie przyjęć (szpital w Wołominie, Bielański, szpital na Kopernika). Poniżej przedstawiam Wam moje subiektywne "wrażenia" z tych wszystkich pobytów.


Zaliczyliśmy tu nasz pierwszy, poważny, dziesięciodniowy pobyt w szpitalu.Córka miała niecałe dwa miesiące. Rozpoznanie: podejrzenie ZUM.

Plusy: jednoosobowe sale, czystość na oddziale, piękne, nowe wyposażenie dla niemowlaków, wygodna leżanka do spania dla rodzica, łazienka na około dwa pokoje.

Minusy: Ogólna dezinfomacja, jako niedoświadczona mama pierwszy raz z dzieckiem w szpitalu oczekiwałam, że zostanę poinformowana co się dzieje z moim dzieckiem i dlaczego, a przy moich próbach uzyskania informacji byłam zbywana lub lekceważona. Drugi minus za pobieranie przez panie pielęgniarki materiału do badań (mocz) u dziecka z woreczka, może to wpłynąć na uzyskanie fałszywego dodatnie wyniku i w związku z tym prowadzić do niepotrzebnej antybiotykoterapii.


Trafiliśmy tu, gdy Elwirka miała cztery miesiące, na kontrolne badania w związku z przebytym wcześniej ZUM. Badania zrobiliśmy i odesłano nas do domu. Tego samego dnia dostałam jednak telefon ze szpitala, że musimy wrócić, gdyż wyniki wskazują na ponowny ZUM. Dostaliśmy kolejny antybiotyk i spędziliśmy dziesięć dni w szpitalu.

Plusy: ładny, odnowiony oddział, pokoje dwuosobowe ze wspólną łazienką przydzieloną na dwa pokoje, porządna informacja od personelu medycznego, przyjazne podejście.

Minusy: panie pielęgniarki pobierały materiał do badań (mocz) dziecka z woreczka, niewygodny i trzeszczący leżak do spania dla rodzica, w rezultacie miałam swoją karimatę i śpiwór i spałam na podłodze, w szpitalu zaraziłam się rota-wirusem (moje dziecko nie, ale było wcześniej zaszczepione)


Tutaj znowu trafiliśmy z podejrzeniem ZUM, ze sprzecznymi wynikami moczu (badanie ogólne prawidłowe, w posiewie wyszły bakterie). Ponieważ często musieliśmy robić córce kontrolne badania moczu, niektóre z próbek pobranych w domu okazywały się zanieczyszczone, mimo iż byliśmy już do tej pory dobrze wyedukowani w sprawie prawidłowego pobierania moczu u dziecka (żadnych woreczków, kąpiel i dezynfekcja przed pobraniem, jałowe pojemniki, najlepiej mocz ze środkowego strumienia). Wyobraźcie sobie jak wygląda pobieranie moczu u kilkumiesięcznej dziewczynki. Zaczynałam od porannej kąpieli, podczas której zazwyczaj dziecko siusiało, zanim udało mi się je wykąpać i porządnie zdezynfekować. Następnie kilka godzin trzymałam córkę bez pieluszki na rękach lub leżała na przewijaku i czekałam na kolejne oddanie moczu. Oczywiście w tym czasie nie mogłam kompletnie nic zrobić, gdyż bałam się, że akurat zacznie siusiać i stracę szansę na prawidłowe pobranie moczu. Mąż był już zwykle w pracy. Ja byłam sama w domu. Nie mogłam np. nic zjeść ani pójść do toalety. Podczas pierwszych prób nie udawało mi się niczego pobrać do pojemnika. Jak się udało, to pędziłam z dzieckiem do laboratorium, bo zazwyczaj próbki można było oddać tylko do godziny 12. To były bardzo trudne dla mnie chwile.

Plusy: rozsądny lekarz na izbie przyjęć, po wynikach stwierdził, że dziecko jest prawdopodobnie zdrowe, ale dla pewności skierował nas na oddział nefrologii, gdzie w ciągu jednego dnia powtórzono nam badania i ponieważ były prawidłowe, wypuszczono nas do domu. Kolejne plusy za profesjonalizm lekarza prowadzącego i pielęgniarek na oddziale nefrologii, prawidłowe pobieranie moczu (nie z woreczka) przez panie pielęgniarki, empatyczne podejście do pacjenta i rodziców.

Minusy: na oddziale nefrologii było estetycznie dość niemiło, obdrapane ściany, stare łóżka, brak miejsca do spania dla rodziców, jeden pokój przeznaczony dla czterech małych pacjentów i czterech opiekunów, jedna, paskudna łazienka na cały oddział.


Kolejne podejrzenie ZUM. Elwira miała osiem i pół miesiąca. Wyniki moczu wyszły co prawda na granicy, ale w normie, jednak ponieważ w krwi dziecka pojawiło się białko CRP, podano córce antybiotyk i w związku z tym spędziliśmy kolejne dziesięć dni w szpitalu.

Plusy: fachowa opieka medyczna, dobra informacja, empatyczne podejście do pacjenta. Dam plusa za trzyosobowe pokoje, chociaż dla niektórych to może być minus. Ja byłam już wtedy wykończona szpitalami i potrzebowałam wsparcia innych mam. Raźniej było mi w większym gronie, z mamami, które miały ten sam problem medyczny co moje dziecko. Na salach nie mieszają pacjentów z różnymi chorobami, więc nie bałam się, że moje dziecko się czymś zarazi od innych. Dodatkowy plus za wygodne leżanki do spania dla rodziców. Kolejny plus za pozytywne podejście pani doktor prowadzącej do metody rozszerzania diety dziecka, tzn. BLW.

Minusy: mocz u dziecka pobierają na oddziale sami rodzice, panie pielęgniarki pomagają tylko pierwszy raz przy przyjęciu dziecka, następnie trzeba "walczyć" samemu, przyznam jednak, że gdy jedna z mam na oddziale męczyła się z pobraniem kilka godzin, to panie pielęgniarki wkroczyły znów do akcji i pomogły. Kolejny minus za jedną łazienkę dla opiekunów na cały oddział.


Z perspektywy czasu nie jestem do końca pewna czy te wszystkie pobyty w szpitalach były mojej córeczce naprawdę konieczne. Byłam niedoświadczoną matką, nie mam wykształcenia medycznego, postępowałam tylko wg. podanych mi przez lekarzy zaleceń. A lekarze są różni. Przed ostatnim antybiotykiem, który "miła" pani doktor z najbliższej nam przychodni chciała zapodać Elwirce w związku z tzw. chorobą bostońską, uratowała ją moja niewielka wiedza, że antybiotyków nie podaje się przy wirusówkach. Umówiłam jednak córkę do innego lekarza, żeby to potwierdzić, gdyż nie czuję się kompetentna, żeby sama kierować leczeniem moich dzieci.

Ola, moja druga córka, jest nieco szczęśliwsza pod tym względem, ale też moje doświadczenie jako matki jest znacznie większe, jeśli chodzi o niezbędne kontakty ze służbą zdrowia... Jak na razie córa ma 16 miesięcy i antybiotyków udało nam się uniknąć.

Kilka wizyt w szpitalach musieliśmy jednak odbyć, ale na szczęście wszystkie były krótkie i wszystkie pomyślnie się zakończyły.


Córka miała dwa tygodnie i ze względu na badania USG przeprowadzone jeszcze w ciąży i przebyte ZUM u pierwszego dziecka, mieliśmy wykonać kontrolne badania ogólne moczu. Wyniki wyszły niejednoznaczne i lekarz pierwszego kontaktu odesłał nas do szpitala. Na izbie przyjęć na podstawie wyników i skierowania przyjęto nas na oddział pediatryczny.

Plusy: na szczęście już na oddziale pediatrycznym rozsądny lekarz nie przyjął nas na oddział, tylko kazał powtórzyć badanie ogólne moczu, wyniki dostaliśmy za godzinę i były prawidłowe.


Córka miała cztery tygodnie i nie chciał jej odpaść pępek. W szpitalu pępek podwiązano i wypuszczono nas zaraz do domu. Pępek odpadł sam na drugi dzień.

Plusy: fachowa, szybka i miła obsługa

Minusy: bardzo dużo osób czekających na przyjęcie, mimo iż z małym dzieckiem ma się pierwszeństwo i tak trochę trwało zanim ktoś mógł się nami zająć.


Nasz trzeci raz w szpitalu z Olą był wczoraj. Córce wbił się kleszcz i nie udało nam się go wyjąć w domu pęsetą. Część aparatu gębowego pajęczaka została niestety pod skórą. Pół dnia spędziłyśmy najpierw oczekując w kolejce do lekarza pierwszego kontaktu, później już ze skierowaniem do szpitala na Kopernika, mijały kolejne godziny w rejestracji. Sam zabieg usuwania pozostałości kleszcza był krótki i trwał może z pięć minut. Potrzebne jednak były trzy panie pielęgniarki i ja, matka, do przytrzymania przerażonego dziecka oraz jedna pani doktor z igłą.

Plusy: ogólnie fachowa i sprawnie przeprowadzona pomoc lekarska i pielęgniarska

Minusy: długie oczekiwanie, około 2 godzin, niepotrzebne wprowadzanie zamieszania przez jedną z asystujących przy zabiegu pań.

Mam nadzieję, że powyższy subiektywny przegląd kilku warszawskich szpitali dla dzieci przyda się Wam w razie konieczności podjęcia decyzji co do wyboru odpowiedniego szpitala dla dziecka, czego oczywiście nikomu nie życzę. Oby nasze dzieci były zdrowe!

Jeśli byłyście ze swoimi pociechami w szpitalu i chcecie się podzielić swoimi spostrzeżeniami lub przekazać swoją opinię innym mamom, zachęcam do wpisu w komentarzach.


Follow my blog with Bloglovin

1 komentarz:

  1. O matko! Dziewczyno, ale przeszłaś!
    Jeśli chodzi o Twoją konkluzję, że nie wszystkie hospitalizacje były potrzebne, przyznam Ci rację!
    Dla mnie pobyt na "Litewskiej" to był koszmar! Dokładnie rok temu, ZUM. To, na co zwróciłaś uwagę na Madalińskiego, czyli dezinformacja, bardzo mi przeszkadzało. Przez pierwsze dni rozpaczliwie usiłowałam znaleźć w internecie (komórka) informacje na temat zdiagnozowanej choroby u mojej córeczki, bo nic nie rozumiałam z tego, co do mnie mówiono. Lekarka prowadząca bardzo miła, ale to za mało... Pobieranie moczu to było moje zadanie, nie wyobrażam sobie, jak dziecko mogłoby być w szpitalu bez rodzica!? Cała opieka (karmienie, przewijanie, odprowadzanie na zabiegi) to zadanie rodzica.
    Warunki na "Litewskiej" fatalne! Przepełnione sale 3-4 łóżka, czyli 3-4 dzieci + 3-4 rodziców + odwiedzający przez cały dzień - masakra! W efekcie codziennie w sali 3-osobowej nocowało 6 osób (w 4 osobowej - 8 osób). O leżankę do spania musiałam walczyć na granicy ludzkiej godności (jako matka karmiąca), potem musiałam kupić swoją (14 dni hospitalizacji).
    Brudno!!! Sprzątanie ograniczało się do codziennego przetarcia podłogi na mokro i wytarcia umywalek. 3 łazienki na cały oddział i 1 prysznic, z dostępem dla chorych, rodziców i odwiedzających. Koszmar!

    OdpowiedzUsuń